Assassin’s Creed Origins – Ostatni medżaj, pierwszy asasyn

Czy gracze zniechęceni wtórnością Syndicate mogą ze spokojem iść do sklepu po najnowszego Assassin's Creeda? Sprawdzamy w praniu wersję na PC....

Recenzja gry Assassin’s Creed Origins

Czy gracze zniechęceni wtórnością Syndicate mogą ze spokojem iść do sklepu po Assassin’s Creed Origins? Sprawdźmy w praniu nowego Assassin’s Creeda w wersji na PC.

Assassin’s Creed Origins to już dziesiąta część popularnej serii od francuskiego giganta. Na długo przed zatwierdzeniem projektu i ostatecznym ustaleniem settingu, Alex Hutchinson, dyrektor kreatywny odpowiedzialny jednej najgorszych części w historii franczyzy (czyt. Assassin’s Creed III) stwierdził, że starożytny Egipt jest jedną z najbardziej ponurych, nudnych i ogólnie najgorszych lokacji dla nowej gry. Jednak po relatywnie udanych acz mało rozwojowych odcinkach w postaci Black Flag i Syndicate, a także cieszącym się złą sławą Unity, twórcy postanowili jednak dać szansę dawnemu pomysłowi. Pomysłowi mającemu tchnąć nowe życie w markę, która wraz z zaprzyjaźnionym Far Cryem i Watch_Dogsami przeżywała kryzys. Obiecano nowy renesans. Czy Ubisoftowi z Assassin’s Creed Origins się to udało? Czy mogło mu się to udać?? Sprawdźmy to!

Ty karty rozdajesz, ja znikam z tej gry
Ty ciało uzdrawiasz, ja chromym chcę być
Gdy chwała cię zdobi, ja wstydem kryję się
Ty ściemniasz barwy, my zdławmy skrę…


Grę do testów udostępnił:


Tak zwany wstęp

Jest rok 49 A.C. Nazywasz się Bayek, pochodzisz z Siwy, jesteś ostatnim medżajem – protektorem faraonów, ale i całego Egiptu. Podróżujesz po Nowym Państwie pod rządami Ptolemeuszy, wykonujesz kontrakty, szukasz zemsty. Nosisz dwa miecze. Jeden na ludzi, a drugi zakrzywiony.


Trudno o drugą serię, w której takie widoki byłyby naturalnymi elementami gameplayu, a nie poprawionymi prerenderami.

Stagnacja serii o zakonie asasynów trwała od lat. Ubisoft też zdawał sobie z tego sprawę i zrobił coś, czego nie praktykował od wielu lat – zawiesił roczny cykl wydawniczy. Po raz pierwszy od czasu pamiętnej drugiej gry, na nową opowieść przyszło nam czekać długie dwa lata. W tym roku, po czterech latach wytężonych prac, niemalże dziesięć lat po premierze oryginalnej skrytobójczej telenoweli, zadebiutował odcinek dziesiąty. Assasin’s Creed Origins – wielka nadzieja studia z Montrealu mająca być 1917-letnim krokiem wstecz i milowym krokiem naprzód.
Tak, to skomplikowane…

No i co, panie Hutchinson, dalej będzie pan obstawał przy swoim zdaniu?


Kim jesteś, co robisz

Powiem ci kim nie jesteś: nie jesteś asasynem dla którego „nic nie jest prawdziwe i wszystko jest dozwolone”. Nie jesteś, bo nie ma bractwa, nie ma kreda, a wszystko to początek, czyli tzw. origin story. I zaczynasz bez ukrytego ostrza (choć to akurat typowe), a kaptur czy inny ręcznik nosisz, bo chyba lubisz. Od pewnego momentu nie masz palca, ale z powodów trochę innych niż wymagania techniczne asasyńskiego akcesorium. Tak, jest to początek, historia się tworzy i jest soft reboot wielu rzeczy, które znasz.

R E K L A M A

Jednak pewne rzeczy są niezmienne. Jak w tych lepszych Asasynach historia rozpoczyna się od osobistej tragedii twojego protagonisty (6/10 w skali tragedii Ezio), więc jako przepełniony żalem i napędzony chęcią wyrównania rachunków Bayek przemierzasz deltę Nilu, by ukarać winnych. Schemat jest klasyczny: dostajesz listę celów do wyeliminowania, ale zanim z satysfakcją zatopisz pierwsze ukryte ostrze w ich słodkich gardłach musisz odkryć ich tożsamość oraz znaleźć miejsce i sposobność do wyrównania rachunków. Równocześnie zajmują cię inne przyziemne sprawy: twarda żona Aya i powabna szefowa Kleopatra oraz problemy małych ludzi: jak ciapowaty ziomeczek, który zgubił swoje woły, albo poeta, któremu straże zawinęły kolegów. W wolnych chwilach powalczysz na arenach, pościgasz na hipodromie albo weźmiesz udział w różnych wydarzeniach społecznościowych. Tak, starożytny Egipt nie pozwoli ci się nudzić. Na ponad 100 kilometrach kwadratowych (więcej niż w Skyrimie i tyle samo co w Wiedźminie 3) mieści się różnorodny świat, złożony z masy ślicznych i unikalnych lokacji oraz wielu interesujących aktywności pobocznych (momentami ciekawszych od zadań fabularnych), dobrze wypełniających te 30+ godzin gry. Lub 60, jeśli jesteś poważnym turystą.

“Witam panie. Spójrz na swojego mężczyznę, a teraz na mnie. Jeszcze raz na niego i na mnie. Siedzę na koniu.”

I choć niby to standard w grach Ubi, że świat jest „gęsty”, ale tym razem wprowadzone jest pewne novum, nieobecne wcześniej w piaskownicach AC, Far Cryach i Watch_Dogsach – praktycznie nieskrępowany dostęp do całej mapy gry od samego początku. Twój bohater może pobiec, skraść się, pogalopować lub popłynąć wszędzie i żaden blocker Animusa w postaci białeś ściany go nie zatrzyma. Jest to miłe, bo niewiele rzeczy drażniło wcześniej tak bardzo jak „To wspomnienie nie jest dostępne”. Oczywiście dalej trzeba się poruszać w pewnych genetycznych normach: nie zabijać zbyt wielu cywili (choć – przysięgam – gdy płyniesz zmordowany rzeką i widzisz uciekającą łódkę, jest to *odrobinę* przydatne) i więcej niż trzech kitków. (Ale kitków i tak byś nie chciał zabijać, nie jesteś przecież psychopatą, prawda?) Ale to immersyjne detale i w sumie dobrze, że są. Co się jeszcze zmieniło? Przede wszystkim to, że teraz wykonywany asasyński kontrakt na potwora nie wyłącza cię z życia świata. W dowolnej chwili możesz go przerwać i zająć się czymś innym lub wieloma innościami. Bardzo Skyrim/Wiedźmin styl. Bardzo na propsie.

KITKU. KITKU SĄ MIŁE. Zrób coś kitku, a Animus ci nie odpuści.

Morska przygoda też na chwilę będzie naszym udziałem. W końcu za tę część odpowiedzialny jest team od pirackiego Black Flag.

Jak to robisz

Powiem ci jak tego nie robisz: nie robisz tego używając minimapy, bo jej nie ma. Nie robisz tego używając swoich magicznych superzmysłów, bo teraz nie służą one szukaniu przeciwników i celów, ale rozwiązywaniu zagadek detektywistycznych im. Gerwanta z Białego Sadu (jeśli nie wspominałem, że jesteś zabójcą-detektywem, to niniejszym to robię). Teraz obie powyższe funkcje pełni twój nowy orli wzrok – dla niepoznaki zamontowany na prawdziwym orle, znanym już z Far Cry: Primal i Watch_Dogs 2. Twój wierny ptak Senu oznaczy ci wszystkie istotne cele, poleci na koniec mapy i z powrotem oraz, jeśli takie jest twoje życzenie, zawiśnie niczym dron. Tak, dron. Chyba błogosławiona jest technologia Tych, Którzy Byli Przed Nami. Dlatego warto się szybko przyzwyczaić do latania orłem, bo to narzędzie, które będziesz używał cały czas.

Następna rzecz: elementy RPG. Ty zdobywasz poziomy i przeciwnicy mają poziomy, ale w przeciwieństwie do Syndicate tutaj ma to znaczenie: wroga silniejszego od siebie nie ruszysz – szybka śmierć twoim nowym przyjacielem. Poważnie, nawet OP cios pod tytułem skrytobójstwo nic nie da, bo twój antagonista zwyczajnie przyjmie ukłucie na kart i strzepnie cię niczym muchę tse tse. Jest to logiczne, pożądane, ale w przypadku ukrytego ostrza dosyć mocno przeczące założeniom kanonu.

Ze zróżnicowaną siłą przeciwników wiąże się kolejna ważna rzecz. Obecnie każda kraina ma zafiksowany sugerowany przedział poziomów trudności i nie poleca się bawić w szybkiego obieżyświata. Jedna strzała w kolano i restart Animusa gotowy. To jest ewidentny minus i kolejna niekonsynstencja względem praw serii. Mam nadzieję, że twórcy trochę zrewidują tę koncepcję, bo jednak jednym z głównych elementów Asasynów było to, że większość problemów interpersonalnych można było rozwiązać na szybko.

Idźmy dalej: walka. Koniec z oskryptowanymi sekwencjami, trzyfazowymi wymianami ciosów i poczuciem, że gra się w szybkie warcaby, bo choć wrogów kupa, to kolejka obowiązuje. No nie. Teraz wszystko zależy od twojej Dark Soulsowej sprawności (typowej chociażby dla NioH), bo bronie mają bardziej konkretny niż dotąd ciężar, przeciwnicy też stosują szybkie i potężne ataki, używają tarczy, trzymają na dystans, zachodzą z boku, od tyłu, etc. Walka to całkiem nowy temat i jeśli twój Bayek tego nie potrafi, to szybko się nauczy. Lub zginie próbując. Lub obniży poziom trudności. Lub też zauważy jak wzrosła użyteczność łuków w tej grze i jak taktycznie można przechylić szalę zwycięstwa odpowiednio stosując łuki łowcy (uniwersalne), lekkie (półautomaty), wojownika (shotguny) i drapieżcy (snajperki). Opcji jest sporo, tym bardziej, że tak jak w przypadku szeregu broni białych, każdy typ broni dystansowej może posiadać konkretne perki, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z unikatem lub legendą. Do wyboru są m.in. zwiększona szybkość ataku, lepsze obrażenia z ukrycia, ich kumulacji przy serii trafień, strzały zatrute, ogniste… Umiejętności bohatera, teraz podzielone na trzy rozbudowane drzewka, pozwalają również na strzelanie w zwolnionym tempie, na przykład z powietrza, czyli w stylu gry Śródziemie: Cień Mordoru.

Mówiąc konkretnie o łuku, to Assassin’s Creed Origins przebija chyba wszystkie wcześniejsze zręcznościowe tytuły AAA w kwestii fizyki i odwzorowania szczegółów: trajektoria ma znaczenie, strzały lecą po paraboli, a w zależności od miejsca kontaktu z wrogiem mogą różnie wpłynąć na jego zachowanie, np. trafienie w bok może go odwrócić. Jeśli twój Bayek strzela magazynkowcem, to dodatkowe strzały trzyma w ręku. No i kołczan jest zawsze opróżniany w czasie rzeczywistym. Czad. Kolekcję narzędzi do szerzenia sprawiedliwości zamykają tak zwane narzędzia: strzałki, bomby i inne fajne rzeczy, których nie będziesz używać, bo przecież są łuki.

Hipopotam nie jest twoim przyjacielem.

Wzorem ostatnich odsłon serii Far Cry, Assassin’s Creed Origins inkorporuje elementy fantastyczne w postaci fantasmagorycznych snów na jawie.

Jak to wygląda

Kolejny graficzny kamień milowy został osiągnięty. Jest błogo. Nawet trochę za bardzo, bo wymagania sprzętowe minimalne i zalecane to kant – podchodzenie do tego tytułu z czymś słabszym niż GTX 1060 i GB VRAM tylko was sfrustruje. Jeśli będziecie grać na słabszym sprzęcie to pewne detale mogą was trochę rozczarować, zwłaszcza łatka 1.05 na PC, która wcześniej wspaniały daleki plan zamienia w optymalizacyjną sieczkę. Wyobraźcie sobie wspaniałą świątynię Atuma, która jest zrobiona ze steropianu… No właśnie. Ale jeśli wam się uda spełnić surowe wymagania gry, to grafika was oczaruje. Zobaczycie jak pięknie może wyglądać smagany wiatrem piasek pustyni, woda (mętna woda, oleista woda, każda woda). I cienie dosłownie wszystkiego, w tym także twojego wspaniałego ptaka, zmieniające się w zależności od pory dnia. Do tego piękne efekty God ray, dym, ogień, mgła… Owszem, zapłacie wysoką cenę w sprzęcie, ale nie pożałujecie. W Assassin’s Creed Origins (zresztą tak samo jak kilku ostatnich częściach) Ubisoft nie uznaje kompromisów jeśli chodzi o stawianie poprzeczki w kategorii efekty graficzne oraz ich wpływu na immersję gracza w świat przedstawiony. Pod tym względem to pewniak do nominacji do gry roku.


Ale jak to dokładnie wygląda

W Assassin’s Creed Origins przywiązanie Ubisoftu do szczegółów tradycyjnie przekracza granice. Naprawdę. Wspominałem, że Egipt jest wielki, przepełniony i ciekawy, ale nie powiedziałem jak perfekcyjnie dokładny. Jeśli na przykład dojedziesz bohaterem do kompleksu piramid w Gizie (które tak swoją drogą są przytłaczające wielkością i są widziane z bardzo daleka, co świetnie pokazuje efekt skali), to wiedz, że każda przysłowiowa cegła będzie ustawiona tak jak to sobie wykoncypował inżynier dziesięć tysięcy lat wcześniej. I każda z nich będzie piękna, o wspaniałej frakturze i kolorze. Alexandria, Memfis, okolice Nilu, płaskowyże, pustynne góry i same pustynie są dopracowane bezbłędnie. Tam gdzie to możliwe budowle zbudowano z unikalnych, charakterystycznych dla okolicy elementów, nie wypełniaczy. A że jest to Egipt, to prócz efektu makro jest też efekt mikro. Wszystkie historyczne budowle (piramidy Cheopsa nawet nie wymieniam), pomniki, ruiny zapierają dech w piersiach swoim majestatyzmem i ilością detali. Jak w przypadku innych tytułów serii kazus efektu Dana Browna jest tu silny – chce się więcej wiedzieć o tych strukturach, o historii, która się za nimi kryje. I tu kolejna zaleta Assassin’s Creed Origins: zrezygnowano z usilnego „edukowania” gracza na siłę, pokazywania mu ścian tekstu o tym, co może lub nie musi go zainteresować. Jeśli chce, może sobie włączyć specjalny tryb i zostać lokalnym ekspertem od egiptologii albo wykorzystywania natronu. O natronie mógłbym słuchać godzinami. Uwielbiam natron. Natron.

Oczywiście oprócz piaskowych konstrukcji oczywiście żyją tu także ludzie. Oraz zwierzęta. Oraz hipopotamy (nie lubimy hipopotamów, już nie). I znowu: ten świat jest żywy, organiczny i reaktywny. Nasze działania standardowo wywołują reakcję i wpływają na zachowanie okolicznych mieszkańców. Ale to znamy z Asasynów i chociażby ostatniego Wiedźmina. Natomiast wartością dodaną jest jak bardzo jest to tutaj dopracowane: ludzie śpiewają, potrafią cię otoczyć i zacząć tańczyć, wiwatować, gdy robisz coś, co cieszy się poparciem społecznym (mówię o niszczeniu figur faraona), chodzić wokół ciebie i cię obwąchiwać (to raczej kotki), odlatywać w popłochu (to raczej ptaki). Jeśli Bayek odwiedzi balsamistów, to nt. usuwania organów i zabawy rurką dowie się więcej niżby chciał. Świetne doświadczenie, polecam każdemu.

Natron to najlepsza rzecz jaka cię może spotkać w życiu!

No i Bayek sam jest częścią tego świata: luzuje pod murem, bo nudy, traci równowagę na łódce albo kuleje zmęczony sprintem po pustyni. Zawsze smyra zboże niczym legatus Russell Crowe w ”Gladiatorze”, cieknie wodą czy strzepuje się z wody. Gdy trzeba zapala strzały, pochodnią inne pochodnie, budynki, a często samego siebie… Tak Bayek, robi ogromną ilość animacji kontekstowych, chyba więcej niż bliźniaki w Londynie, za długo żeby wymieniać wszystkie. Po prostu sprawdźcie sobie kompilacje na YouTubie.

Jest czas na pracę i jest czas na…

Bayek buszujący w zbożu.

Już starożytni Egipcjanie spotykali się z ostracyzmem dotyczącym wielkości.

Co nie wygląda (nie jest prawdziwe i miało być dozwolone)

Czy Assassin’s Creed: Origins jest obiecaną rewolucją? I tak i nie. Pod względem zmian w mechanice jest na pewno ruchem w dobrą stronę, choć po części był nim już Syndicate. Ale nadal jest to tylko ewolucja. Otwarte struktury misji, lepszy, choć czasem zbyt chaotyczny system walki oraz zróżnicowane statystyki broni, i większa swoboda w piaskownicy – to wszystko też są niewątpliwe plusy. Scenariusze i reżyseria zadań albo rozmów post mortum (są cudowne i mają choreografię lepszą niż AC1 i AC2), główną fabułę z epoki i współczesną, to wszystko błyszczy i daje masę przyjemności z obcowania z grą, chyba więcej niż szereg ostatnich części. Pod tymi względami jest to na pewno jeden z najlepszych Asasynów, zwłaszcza dla fanów części pierwszej.

Ale oprócz plusów dodatnich są też plusy ujemne: wspomniane regiony z poziomami przeciwników, typu skalowalna skuteczność ukrytego ostrza (co nigdy nie było clue w serii). Zadania detektywa są mniej zajmujące niż w grze CDPR, bo choć scenariuszowo bardzo dobre, to gameplayowo sprowadzają się często do „Znajdź marker, press X to Jason”.

Niosę zwłoki, żebyś mógł nosić moje zwłoki, gdy ja niosę zwłoki.

Nowy Assassin’s, nowy Animus. Także współczesna bohaterka dosyć nowa.

Twórcy Assassin’s Creed mają do siebie na tyle dużo dystansu, że śmieją się memom w twarz.

I choć osobiście jestem kontent jeśli chodzi o zwiększoną ilość wątków kosmicznych, to martwi mnie trochę porzucenie innych elementów Asasynów, które były obecne od początku serii lub się w niej zakorzeniły na dobre z czasem. Odpadło zupełnie chowanie się tłumie jako takie, czy skakanie po dachach celem śledzenia lub podsłuchiwania ludzi. Nawet zadania stricte asasyńskie, wymagające precyzyjnej infiltracji są bardzo ograniczone. I nie ma też Asasyna incognito, czyli nowinki wprowdzonej przez poprzedniczkę. Niestety, Bayek zawsze jest w pracy, a ludziom po prostu nie przeszkadza jego wygląd i zachowanie, bo w Egipcie to chyba norma.

Starożytny Assassin’s Creed to może faktycznie jest inny świat, ale Egipt, choć jest bardzo podniecający, mógłby być odrobinę bardziej. Dlatego jest o oczko niżej od renesansowej Italii, która nadal będzie punktem odniesienia do wszystkich kolejnych części. Ubisoft faktycznie postawił sobie za punkt honoru uczynić Asasyny ponownie wspaniałymi i bardzo możliwe, że mu się to uda. W następnej części.

Kleopatra i Aya są zjawiskowe. To wystarczające powody, żebyś chciał zagrać w Assassin’s Creed Origins.

Zainteresowany? Kup teraz!

zvr
Twoja reakcja
R E K L A M A
Assassin's Creed Origins
7.7
Assassin's Creed Origins
Zalety
  • Większa responsywność postaci
  • Innowacyjne zmiany w systemie walki
  • Prześliczna, pełna detali grafika
  • Klimat starożytnego Egiptu, wartość edukacyjna tytułu
  • Otwarta struktura misji, interesujące zadania poboczne
Wady
  • Duże wymagania sprzętowe
  • Mniejsze znaczenie ukrytego ostrza
  • Regionalizacja poziomów przeciwników
  • Sporadyczny brak Asasynowego feelingu
  • Grafika
    9
  • Muzyka
    7
  • Miodność
    7
Kategorie
Recenzje / pierwsze wrażenia